WYDAWNICTWO PIERWSZE: książki dla przyjemności

Dzieci z dworca ZOO - następne pokolenie

Barbara Klicka, Dziennik

Przy czytaniu “Kołysanek dla małych kryminalistów” kanadyjskiej autorki Heather O'Neill przypomina się szał, który ogarnął prawie wszystkie dziewczynki pod koniec podstawówki, kiedy ukazało się polskie wydanie "My, dzieci z dworca ZOO". Książka O'Neill ma podobną siłę chwytania za gardło, co opowieść o dzieciach z berlińskiego dworca.

Rzecz dzieje się w podłej dzielnicy Montrealu. Dwunastoletnia Baby (młodociani rodzice nadali jej takie imię pod wpływem przebojów radiowych) rozpaczliwie próbuje odnaleźć się w świecie złodziei, narkomanów, prostytutek i meneli. Matka Baby od lat nie żyje, a jej ojciec Jules jest permanentnie zanurzony w heroinowych fantazjach i z rzeczywistością kontaktuje się z rzadka, zazwyczaj w sprawach dotyczących zakupu działki. Pozbawiona oparcia dziewczynka dryfuje między kolejnymi podłymi mieszkaniami, zmienia szkoły, przyjaciół. Kiedy jej ojciec trafia do szpitala, Baby kilka miesięcy spędza w rodzinie zastępczej. Kiedy on idzie na odwyk, dziewczynka ląduje na dłuższy czas pod opieką sąsiadki. Gdy Jules chwilowo zrywa z nałogiem, staje się tak skupiony na sobie i na czyhających co krok potencjalnych niebezpieczeństwach, że paradoksalnie całkowicie traci kontakt z córką. Baby trafia pod opiekę alfonsa o wdzięcznym imieniu Alphonse, który z łatwością nią manipuluje w celach zawodowych. Dalej jest oczywiście jeszcze drastyczniej: heroina, poprawczak, wielbiciele nieletnich prostytutek i trup. W finale mamy co prawda coś w rodzaju szczęśliwego zakończenia, ale na szczęście autorka nie próbuje nam wmawiać, że tego typu przygody mogą pozostać bez wpływu na dalszą biografię bohaterki.

Podobne fabuły znamy i z “My, dzieci z dworca ZOO” i choćby z "Requiem dla snu" Aronofskiego. Zmieniły się tylko dekoracje -- zamiast Davida Bowiego, który był idolem dzieciaków z dworca ZOO w latach 70., Baby słucha Niny Hagen, zamiast berlińskich blokowisk mamy malownicze, menelskie dzielnice Montrealu. Według O'Neill “mali kryminaliści” na całym świecie mają jedną wspólną historię odrzucenia i głodu uczuć. I tak jak można by zaśpiewać o nich wszystkich jedną uliczną balladę, tak można utulić ich do snu jedną kołysanką.

Książka O'Neill sprawia sporo frajdy. Po pierwsze dlatego, że ten świat jest jednocześnie bliski i odległy. Dzielnice w rodzaju tych, które zamieszkuje Baby wiodą życie ukryte -- nie sposób go zobaczyć i poczuć, nie stając się ich częścią. O'Neill uwodzi czytelnika poczuciem wtajemniczenia, obietnicą nocnego spaceru po najniebezpieczniejszej okolicy. Po drugie “Kołysanka” z całą pewnością powinna stać w księgarni na półce z napisem “literatura piękna”. O'Neill nie stara się udawać reportażystki, nie pisze szorstkiej, przejrzystej prozy społecznej. Jej narratorką jest małą, wrażliwą dziewczynką i to jej oczami patrzymy na ten potworny, a jednocześnie barwny świat. Baby zachwyca się heroinowymi wizjami swojego ojca, przygląda się z fascynacją kolejnym postaciom. Jest baczną obserwatorką przemijającej urody swoich sińców i nadrzecznych ślimaków. Można nawet powiedzieć, że jej półświatek bywa najpiękniejszym z możliwych półświatków.

Powrót do działu +W prasie+ »