Joanna Rudniańska, “Mój tata z obcej planety”, ilustracje Mateusz Kaniewski, Wydawnictwo Pierwsze.
Dorota Koman dla Teleranka
Z pewnością zastanawiacie się czasami, jak rodzi się zło. Skąd tyle nienawiści, podłości, zawiści? Na świecie, ale i w rodzinach, wśród najbliższych. Czy pamiętacie choć jeden dzień, kiedy nie toczyła się gdzieś jakaś wojna? Choć jedne Wiadomości bez informacji o okrucieństwie i przemocy?
Świetnym studium tego problemu jest nowa książka Joanny Rudniańskiej “Mój tata z obcej planety”. Choć – jak zawsze u tej pisarki, autorki “Roku smoka” i “Kotki Brygidy” – pojawi się tu wątek fantastyczny (Lew – ojczym głównej bohaterki, 12-letniej Piotrusi rzeczywiście przybył z innej planety), to jej temat, czyli powszechne i codzienne okrucieństwo – jest jak najbardziej realistyczny. Tyle tu zła. I pozorów zwycięstwa nad złem, bo przecież: “Umierająca wojna jest szczególnie okrutna”, jak pisze Rudniańska, a my mamy przed oczyma potworne obrazy dogasających wojen.
Ale to nie tyle powieść o wojnie (wszak wojna toczy się na obcej planecie), ale o źródłach zła. Ten problem wydaje nam się odległy, a przecież przejawy zła możemy obserwować na co dzień: “Zabijał zawsze takich jak my, obcych. Cyganie, Wietnamczycy, Ukraińcy. Dlatego go nie złapali. Odkładali do szuflady z napisem ‘porachunki’. Tak tutaj jest”. Tutaj – czyli na Ziemi. W Polsce. Tutaj, gdzie codziennie lekceważymy przejawy zła, odkładając je do zakurzonych szufladek.
Są też szufladki ze złem wyrządzanym przez najbliższych – okrucieństwo rodzące się w rodzinie, w gronie znajomych. Czytając o Lwie i Nenadzie, o Piotrusi i Angelice, ma się wrażenie, że te historie mogły zrodzić się tylko w wyobraźni twórców ociekających krwią gier komputerowych, a jednak – nie.
Chwilami rzeczywistość przedstawiona przez pisarkę przypomina grę komputerową – ale to nie jest gra, choć jeden z bohaterów powie cynicznie: “Mam trochę nagranych materiałów z wojny. Będą z nich świetne gry”.
I choć Piotrusi uda się dwukrotnie pokonać potwora, to i tak czyha on gdzieś blisko. A nie zawsze tata z obcej planety zdąży przybyć z odsieczą, nie zawsze złoty pająk zaświeci w ciemności.
“Mój tata z obcej planety” to fascynująca niczym najlepszy thriller, mądra, dobrze napisana książka bez happy endu – bo, jak mówi Joanna Rudniańska: “Hollywood jest tak daleko…”.
Ale swoistym happy endem jest fakt, że – po ośmiu latach od jej japońskiego wydania – “Mój tata z obcej planety” trafia do polskich czytelników. Tajemnicza historia, prawda?
PS W “Moim tacie z obcej planety” jest bardzo interesujący wątek o czytaniu książek. Wiecznie się zakochująca mama Piotrusi wciąż czyta Arlekiny. I im gorzej się dzieje, tym bardziej kryje się za parawanem z liter. I tego właśnie nam, kochającym książki, absolutnie nie życzę. Książki, nawet najlepsze, nie powinny przesłaniać świata, a czytanie nie zwalnia od myślenia o rzeczywistości.
Dorota Koman
