WYDAWNICTWO PIERWSZE: książki dla przyjemności

Ściągnij fragment tej ksiazki w formacie rtf.
» fragment.rtf


“Wszystko jest możliwe” (fragment)

Magda Papuzińska

Rozdział I

Moja mama mówi, że wszystko jest możliwe. Wiem, że to nieprawda, ale lubię, kiedy ona tak mówi. Uśmiecha się przy tym i ten uśmiech jest naprawdę wesoły.
Bo mama tak mówi ku pokrzepieniu. Ma na myśli, że mogą się zdarzyć różne dobre rzeczy. Ja właściwie wiem, że równie dobrze mogą się zdarzyć rzeczy złe, ale ten jej uśmiech sprawia, że zapominam o tym.
Kiedy zostaję sam, wtedy mogę siedzieć, patrzeć i myśleć. Rzadko bywam sam. Mama wszystko zorganizowała tak, żeby stale ktoś przy mnie był. Rano jesteśmy we czwórkę. Mama, Paweł, mój starszy brat i Agnieszka, moja siostra bliźniaczka. Oni jedzą śniadanie, a mama mnie karmi, więc można powiedzieć, że też jem śniadanie. Chociaż to nie jest dobre określenie, bo przecież nie jem sam, chociaż jem. Jestem karmiony. Większość czasowników mogę stosować do siebie tylko w stronie biernej. To mnie martwi, bo niektóre w stronie biernej znaczą zupełnie co innego, niż mam na myśli. Nie mogę powiedzieć, że jestem jedzony, bo wszyscy zrozumieliby to tak, że moja rodzina rzuca się na mnie i pożera mnie na śniadanie. Brakuje mi takiej formy gramatycznej, której mógłbym tu użyć. Jem, a jednocześnie nie jem, bo przecież jedzenie nie polega tylko na pochłanianiu pokarmu, ale również na nakładaniu na talerz, krojeniu chleba, smarowaniu masłem, przenoszeniu do ust przy pomocy rąk, gryzieniu.
To wszystko robi za mnie mama. Oprócz gryzienia oczywiście. Nie gryzę, nie jestem gryziony i nikt tego za mnie nie robi. Mama wlewa we mnie różne zmiksowane albo przetarte przez sitko papki, tak że gryzienie staje się zbędne.
No więc śniadanie jest we mnie wlewane.
Potem oni we trójkę wychodzą z domu i przez jakiś czas – niedługi – jestem sam, dopóki nie przyjdzie pani Krysia, która sprząta mieszkanie. Nasze mieszkanie nie jest duże, ma dwa małe pokoje, trzeci większy, kuchnię i łazienkę. Pani Krysia lubi towarzystwo, chyba dlatego, że ma bardzo dużo do powiedzenia. I jest systematyczna. Dzięki temu codziennie zwiedzam całe mieszkanie, bo pani Krysia zabiera mnie ze sobą po kolei do każdego sprzątanego pomieszczenia. Najpierw zabiera odkurzacz, a potem wraca po mnie. I opowiada bez przerwy. Najczęściej o tym, co wczoraj ugotowała na obiad swojemu mężowi i jak on na to zareagował.
Na koniec pani Krysia ustawia mnie przy oknie w kuchni i wychodzi. Kiedyś ustawiała mnie przed włączonym telewizorem, ale teraz jest lepiej, bo wolę patrzeć przez okno. Mieszkamy na parterze, za oknem jest trawnik, piaskownica i ławki. Siadają na nich różne mamy, a ich dzieci biegają w kółko jak szalone po trawniku, albo biją się w piaskownicy i wrzeszczą.
Dalej jest szkoła z boiskiem, a z boku biegnie ulica. Nieduża osiedlowa uliczka, wijąca się między blokami. Bo mieszkamy w bloku. Z naszego okna widać następny blok naprzeciwko i trzeci trochę z boku, a w dali całe szeregi podobnych bloków. Mama mówi, że kiedyś będziemy mieszkać w domu z ogrodem i kwitnącymi drzewami owocowymi. Wszystko jest możliwe.
Siedzę tak i patrzę przez okno, i wtedy uliczką przyjeżdża pan Jurek białym maluchem, macha do mnie z dołu i wbiega po schodkach w swoim granatowym dresie z napisem POLSKA.
Pan Jurek jest dziarski, pełen entuzjazmu i wigoru.
Podnosi mnie do góry, kładzie na specjalnym łóżku, przypina do różnych pasków i próbuje rozruszać.
– No, chłopcze – mówi do mnie – podnieś prawą rękę do góry.
I podnosi moją prawą rękę do góry.

 

Pan Jurek przychodzi codziennie z wyjątkiem sobót i niedziel. Zawsze, wychodząc, powtarza:
– Świetnie, świetnie, coraz lepiej – chociaż obaj dobrze wiemy, że nic się nie zmienia, że to ciągle on podnosi moją rękę, nogę, palec, mnie całego.
Potem wracają Agnieszka i Paweł. Widzę przez okno, jak wyfruwają ze szkoły z gromadą innych dzieciaków, biegną przez trawnik, wpadają do klatki. Słyszę trzaskanie drzwiami i kłótnię, kto dzisiaj będzie się mną zajmował. Zajmowanie się mną polega na nakarmieniu mnie i wywiezieniu na dwór. To się nazywa, że idę na spacer, co jest absolutną nieprawdą. Tylko jak to powiedzieć? Jestem idziony na spacer?
Z dwojga złego wolę, kiedy zajmuje się mną Agnieszka. Ona przynajmniej jest estetką i przed wlaniem we mnie obiadu zawiązuje mi na szyi śliniak, a po jedzeniu wyciera mi usta serwetką. Pawłowi nie chce się tego robić i dlatego po obiedzie z nim cały jestem upaprany zupą jarzynową przecieraną, czuję tę zupę na brodzie, szyi i wszędzie, a Paweł jej nie czuje, więc wystawia mnie na dwór całego w zupie. I leci grać w piłkę na boisko. Zupa na mojej brodzie zmienia się w sztywną skorupkę i trochę szczypie.
Mama wraca najpóźniej. Najczęściej uśmiecha się i opowiada, co się jej zdarzyło. Wtedy jest mi dobrze. Czasami jest bardzo zmęczona i zła, i nic nie mówi. Wszystko jest możliwe.
Jeśli nie jest bardzo zmęczona, to wieczorem czyta mi książki na głos. Bardzo lubię jej słuchać. Umiem sam czytać, nie potrafię tylko przewracać kartek.
Czytać nauczył mnie tata, kiedy jeszcze był z nami. Nie wiedział, że nauczył mnie czytać. Może dlatego odszedł. Nie rozumiał mnie. Tylko mama rozumie. Mówiła mu, że nauczył mnie czytać, ale nie wierzył jej. Myślę, że trochę nie chciał wierzyć. Nie chciał oczekiwać po mnie niczego, oprócz tego, że umrę. A ja żyłem i żyłem. Nie spełniłem jego oczekiwań, więc odszedł.
Nie mam mu tego za złe. Nie dlatego, żebym był szczególnie wyrozumiały albo święty. Nie. Uważam, że zrobił dobrze, bo zamieniał swoje życie w piekło, a przy okazji życie mamy, Pawła i Agnieszki.
Osiem lat czekał na moją śmierć, która zgodnie z zapowiedziami lekarzy miała nastąpić lada chwila. Lada chwila przez osiem lat. W dniu naszych ósmych urodzin – moich i Agnieszki – zaraz po tym, jak zjadł kawałek naszego urodzinowego tortu, powiedział, że wyjeżdża, i wyjechał.
Ja nie jadłem tortu ze zrozumiałych przyczyn. Tato chciał mi zrobić przyjemność i nakarmił mnie lodami. Nie spodziewałem się czegoś takiego. Dotąd byłem karmiony niemal wyłącznie zupkami w temperaturze pokojowej. Lody wylały się ze mnie z dużym impetem. Można powiedzieć, że wytrysnęły ze mnie razem z poprzednio zjedzoną urodzinową zupką. Prosto na tatę, który chciał mi zrobić przyjemność. Umył się, przebrał, zjadł kawałek tortu i opuścił nas na zawsze.
Odejście taty uczciliśmy milczeniem na ten temat. Milczenie trwa do dzisiaj, czyli już czwarty rok. Mam wrażenie, że Agnieszka i Paweł widują się z nim, ale nigdy o tym nie opowiadają przy mnie. Nie z nadmiaru delikatności. Chyba mają mi za złe, że tata odszedł. Może myślą, że to dlatego, że wyrzygałem wtedy lody. To nieprawda. On był nieszczęśliwy. Nie mógł się pogodzić, że ja jestem i ciągle żyję, co przejawia się niemal tylko w tym, że ruszam oczami.
Jestem mu wdzięczny, jeśli mogę tak powiedzieć. Chciałbym mu kiedyś podziękować za to, że nauczył mnie czytać. Tato miał zwyczaj po przyjściu z pracy siadać w fotelu, w dużym pokoju, niby nie całkiem tyłem do mnie, ale jednak tak, żeby jak najmniej widzieć mnie i moje oczy. Siadał więc sobie wygodnie, rozkładał gazetę i przy jej pomocy prowadził konwersację z mamą. Mama w tym czasie była zajęta przygotowywaniem kolacji albo praniem, albo sprzątaniem, albo czymś innym, w każdym razie nie mogła sobie usiąść z gazetą. Tato, nie wiem, czy dlatego, że czuł się trochę głupio, że jej nie pomaga, udawał, że czyta gazetę tylko po to, żeby opowiedzieć mamie o tym, co tam napisali.
– Wiesz – krzyczał w stronę kuchni lub łazienki, zależnie od tego, gdzie mama akurat się znajdowała. – Celnicy wykryli największy od pięciu lat przemyt haszyszu!
– Co ty powiesz? – odpowiadała mama, jeśli akurat była w dobrym humorze.
A ja patrzyłem zza jego pleców na największy tytuł w gazecie i – ponieważ to się powtarzało niemal każdego wieczoru – już wiedziałem jak wygląda wyraz „celnicy” i „haszysz”, i tak dalej. Aż w końcu, jeśli ktoś zostawił w zasięgu mojego wzroku gazetę, albo otwartą książkę, potrafiłem bez trudu odczytać wszystko, co było tam napisane.
Bardzo długo nikt o tym nie miał pojęcia, bo któż by podejrzewał, że bezwładny tobołek jest zdolny do czegoś takiego. I zresztą po co miałby umieć czytać, skoro wiadomo, że ma lada chwila umrzeć.
Nikt, oprócz mamy. Mama zawsze umiała czytać w moich oczach, więc wcale jej nie zdziwiło, że ja umiem czytać książki.


Powrót do działu +Książki+ »