Składanie robota bez instrukcji obsługi
Heather O’Neill o pisaniu “Kołysanek”
Zaczęłam pisać tę książkę kilka wakacji temu. Praca nad powieścią jest trochę jak składanie robota bez instrukcji obsługi. Każde słowo to nakrętka albo śruba, a są ich setki. Składasz je do kupy, majstrujesz przy nich z nadzieją, że ożyją w umyśle czytelnika. W wywiadzie z Hotelem, członkiem punkowej grupy Kills, przeczytałam, że kiedy był mały, zakochał się w parze wysokich, skórzanych butów – twierdzi, że zainspirowały całą jego osobowość. W powieści każdy szczegół powinien mieć taką moc transformacji.
Nie lubię mówić ludziom, że pracuję nad powieścią: zamęczają mnie wtedy pytaniami o to, kiedy się ukaże. Moje otoczenie zdawało się bardzo wkurzone moją pisaniną. Robili miny typu: po co ten cały papier! To nie w porządku!
Nikt nie wierzy ci, kiedy mówisz, że piszesz powieść, wszyscy patrzą na ciebie podejrzliwie. Celnicy przyczepiali się do mnie zawsze, kiedy mówiłam, że jestem pisarką. Wywleką ci wszystko z walizki, jeśli przyznasz się, że jesteś poetą. Jeszcze jeden poeta to ostatnia rzecz, jakiej chcą w swoim kraju. Najwyraźniej mają wystarczająco dużo kłopotów z własnymi.
Trudno uwierzyć, że kiedykolwiek skończy się pisać. Na szczęście mój chłopak czytał wszystko, co napisałam i i podobało mu się. Jeden konkretny czytelnik – to wszystko, czego potrzebuje każdy pisarz.
Pisanie odciąga mnie od bardziej destrukcyjnych sposobów spędzania czasu, na przykład kupowania ubrań. Po dwudziestce spędziłam kilka lat, strojąc się w prążkowane garnitury i buty na wysokich obcasach. Często musiałam pakować córkę do wózeczka i jechać z nią na kolację do mojego taty, bo wszystkie pieniądze wydałam na ciuchy, w których czułam się jak gwiazda rocka.
Duża część powieści rozgrywa się w montrealskiej dzielnicy czerwonych latarni. Naprawdę lubię tę okolicę. Dzieciaki, które się tam kręcą, zawsze zachowują się jak tuż po apokalipsie. Nawet teraz możesz tam spotkać otulone kocem dziecko, transportujące w sklepowym wózku psa ze złamaną nogą. Jednak w powieści opisuję Montreal takim, jakim widziałam go jako dwunastolatka, a nie realne miejsce. Kiedy zamykałam oczy, tak go widziałam. Ulica Saint-Laurent składa się głównie z obskurnych spelunek, ale wtedy była dla mnie najwspanialszym miejscem na świecie.
Chociaż moja powieść rozgrywa się głównie w pokojach do wynajęcia i dzielnicy czerwonych latarni, pokazuje też świat dziecięcej fantazji: świat, w którym plastikowe łabędzie są prawdziwe; rysy na ścianie to pająki, a stary wiatraczek ustawiony w rogu pokoju to brzeg morza. Nieumiejętność właściwego rozpoznania zagrożeń jest w książce ciągle obecna. Choć dzieci mogą się przerazić wypchanego krokodyla albo zdjęcia rekina w “National Geographic”, ciągle nie mogą wbić sobie do głowy, że przed przejściem przez ulicę trzeba spojrzeć w lewo i w prawo, albo że istnieją nieznajomi, z którymi nie należy rozmawiać.
Główna bohaterka ma dwanaście lat. To piękny i niezwykły wiek. To wtedy dzieci zaczynają snuć wielkie plany i myśleć o tym, jak mogłyby sobie same radzić w życiu – zupełnie jak anioły tuż przed wygnaniem z Nieba. Mają takie niewinne i niebezpieczne pomysły.
Kiedy miałam jedenaście lat, przyjaźniłam się z chłopakiem, którego starszy brat był ćpunem. On i jego paczka byli ważniakami na skalę dzielnicy. Najfajniejsze chwile mojego dzieciństwa zdarzały się, gdy wściekli narkomani wypadali ze swoich mieszkań w samych gaciach, z kotem na głowie. Tańczyliśmy wokół nich, krzycząc, śmiejąc się i machając rękami. Chciałam uchwycić stosunek, jaki wiele dzieci z klas niższych ma do narkotyków – nie oceniają. Opisałam też układy, jakie te same dzieci tworzą z podejrzanymi dorosłymi: wierzą w ich kłamstwa, zawsze są pod ich wrażeniem. Wyrzutki społeczeństwa to fantastyczne stwory, które ożywiają świat dzieci, a w dodatku kochają swoją urzeczoną widownię za jej bezwarunkowy podziw.
Inspiracje
Choć moje pisarstwo karmi się przeszłością, codziennie muszę dawać jakąś pożywkę swojej wyobraźni, by była produktywna. Oto bardzo niekompletna lista rzeczy, które poruszyły mnie, kiedy pisałam tę książkę. Trudno powiedzieć, jaki właściwie miały wpływ na to, co napisałam, ale dzięki nim czułam, że żyję:
Clown w smokingu, który siedział na widowni w małym cyrku, paląc wymyślonego papierosa przez całe przedstawienie. Teatr w furgonetce, z której wyszedł aktor z parasolką. Kiedy stanął na dachu auta i ją otworzył, na widownię posypał się deszcz konfetti. Dziwne lalki, które znaleźliśmy w Armii Zbawienia. Śródmiejska biblioteka, tak pełna ludzi, że trzeba pół godziny stać w kolejce, żeby wypożyczyć książkę. Oglądanie “Amatorskiego gangu” Jean-Luc Godarda setny raz. Wideoklip “What’s Up Fatlip”. Przerobione samochody. Moja córka, jeżdżąca po ulicy na rowerku, z nagimi stopami, w spodniach od dresu. Spotkani na ulicy ludzie, którzy usiłowali mi sprzedać baterie. Wino Les Cigales, które daje w beret i nie nastraja do filozofowania. Modowe pisma ze zdjęciami płaczących dziewczyn w superciuchach. Wszystkie parki, tanie ogrody zoologiczne i publiczne baseny, które odwiedzałam z córką. Filmy: “Coś z Alicji” Jana Švankmajera i “Ulica Krokodyli” Braci Quay. Mniej znane powieści Jeana Rhysa. Moldy Peaches. Wszelkie wzmianki o łabędziach w powieściach.
tłum. Ingeborga Janikowska-Lipszyc
