Poznajcie Heather O'Neill
(autorka “Kołysanek dla małych kryminalistów” o sobie)
Dzieciństwo
Kiedy byłam mała, nasi rodzice rozstali się, a ja i moje dwie siostry zamieszkałyśmy z moją matką w Wirginii. Pamiętam, że jeździłyśmy po południu Stanów, zmieniając miasta i szkoły. Moja matka nigdy nie pracowała, ponieważ uważała, że powinna dostawać pieniądze za to, że jest osiem czy dziewięć razy inteligentniejsza niż inni ludzie. Na luźnych kartkach rysowała setki autoportetów, zawsze była w trakcie pisania eseju o mękach i trudach bycia geniuszem.
Nasza matka szybko stwierdziła, że nie chce mieć z nami nic do czynienia. Ponieważ bawiłam się plastikowym, zabawkowym pistoletem z kaburą oraz cukierkowymi papierosami, uznała, że podważam jej wiarygodność.
Przez resztę mojego dzieciństwa matka dryfowała od miasta do miasta, w czarnej marynarskiej kurtce i skórzanych oficerkach, odpalając jednego papierosa od drugiego i wierząc, że jest wcieleniem Oscara Wilde’a. W kieszeni nosiła szczura imieniem Sebastien. Gryzmoliła anioły na pudełkach od zapałek: sprzedawała je potem za dolara. Miała walizkę pełną srebrnych, pomalowanych sprayem figurek i książek o wyznawcach Szatana. Widywałyśmy ją coraz rzadziej.
Po kilku latach, które spędziłyśmy u krewnych mojej matki, postanowiono, że mamy pojechać do Montrealu, żeby zamieszkać z moim ojcem. Wcale go nie pamiętałam: nie wolno mu było nas odwiedzać. Co pewien czas moja matka wpadała w przerażenie: zdawało jej się, że zauważyła, jak ojciec kryje się w krzakach albo stoi na trawniku przed domem.
Byłam ubrana w czerwono-granatowy żakiet, który rodzina wciskała na mnie zawsze, kiedy miałam dobrze wyglądać. Zmuszali mnie nawet, bym zakładała go do T-shirta i szortów w środku sierpnia. Wtedy też mnie w niego ubrali. Dali mi różową, plastikową walizkę z bielizną i szczoteczką do zębów. Razem z siostrami zostałam wysłana samolotem do Montrealu, z bagażem podpisanym O’Neill – naszym nowym nazwiskiem, nazwiskiem ojca.
To upiorne: poznać swojego rodzica tak późno, w samym środku dzieciństwa. Marzysz, żeby chociaż miał swoją godność. Ale mój tata całkiem się rozkleił na lotnisku, zachowywał się absurdalnie. Założył wielką, futrzaną czapkę. Jego białe włosy stały dęba. Zresztą zawsze ubierał się ni do rymu, ni do taktu. Jednego dnia nosił garnitur i kapelusz, a drugiego – spodnie od dresu i skórzaną kurtkę.
Czasami było z nim miło. Siadywał naprzeciw mnie przy stole z melaminy, w naszej maleńkiej kuchni pełnej obtłuczonych kafelków, i wyliczał przestępstwa, które popełnił jako dziecko. Chodziliśmy na plac Saint-Louis, pełen meneli i dilerów, żeby wykałaczką wyjadać ostrygi z puszki i pić tonik z butelki. To były dobre chwile.
Mój tata był najmłodszym z dziewięciorga dzieci, wychowywanych w czasach Wielkiego Kryzysu. Traktowano go jak psa. Wtedy to było zupełnie normalne: ci, których źle traktowano w dzieciństwie, byli okropni dla swoich dzieci. Nie miał do nas cierpliwości. Wrzeszczał na nas godzinami, mógł prawie zabić za rozlanie zupy. Brał nasze lalki i na naszych oczach rodzierał je na strzępy. Potrafił podnieść materac i zrzucić mnie z niego w środku nocy, żeby zadać mi pytanie. Dął w trąbę kupioną w lombardzie, żeby nas rano obudzić. Miał miniaturowego pudla o imieniu Butch. Wysyłał mnie na spacer z psem i kazał mi długo nie wracać. Siadywałam na klatkach schodowych, z pudelkiem ukrytym w kieszeni, tak długo aż uznałam, że mogę już pójść do domu.
Uciekłam do Kalifornii, kiedy miałam piętnaście lat, ale udało mi się dotrzeć tylko do Vermontu, gdzie zatrzymała mnie stanowa policja. Odesłali mnie do Montrealu. Mimo wszystko nie uważam, że miałam złe dzieciństwo, bo najlepsze rzeczy w moim życiu zawsze spotykały mnie, kiedy kręciłam się po ulicach.
Moi krewni z południa nigdy nie odezwali się do mnie po tym, jak wyprowadziłam się do Montrealu. Niechciane dziecko jest dla kuzynów jak śmierdzące jajo: muszą brać za nie odpowiedzialność. Ale taki dzieciak jest bohaterem ulicy. Kiedy nikt się tobą nie interesuje, jesteś wolny. Możesz sobie tworzyć dziwaczne, ekscentryczne osobowości, żeby ktoś cię pokochał. Własna dzielnica to centrum świata dla dziecka ulicy: masz histeryczną potrzebę bycia gwiazdą w swojej okolicy. Bycie czarującym, ślicznym i bystrym rzeczywiście coś ci daje. Wtedy nie ma znaczenia, że mieszkasz w norze i nie stać cię na dobre buty. Właściwie nie zazdrościłam nadzianym dzieciakom. Uważałam je za słabeuszy. Nie znosiłam ich domów, ich rodziców, ich wrażliwości i durnych, nowych ubrań. My nosiliśmy absurdalne futrzane czapy i skórzane kurtki, podarowane kościołowi. Byliśmy piratami, którzy nie uważali, że miłość po prostu im się należy. Właśnie wtedy zaczęłam poznawać kryminalistów i meneli, którzy zawsze mieli dla mnie czas, mnóstwo czasu.
Dzieci to na ulicy świętość. Choć potrzebują tylko odrobiny uwagi, są traktowane jak powtórne przyjście Chrystusa.
Dziecko może być na ulicy zawodowcem – zarobić prawdziwe pieniądze na żebractwie, złodziejstwie albo prostytucji. A jednak cena, jaką musi za to zapłacić, jest zawsze szokująca. Zupełnie jak wtedy, gdy Pinokio orientuje się, że zamienia się w osła. Nagle zdajesz sobie sprawę, że nie jesteś już dzieckiem, że stałeś się dorosłym. Kiedy tracisz poczucie, że wszystko jest zabawą, twoje życie przestaje być dzikie i romantyczne: jest życiem, którego nikt nie chce, nawet ty.
W “Kołysankach” próbowałam utrwalić to, co zapamiętałam z pijackiego bełkotu nieszczęsnych dwunastolatków. Ich złudzenia, ich absurdalnie złe wybory, brak moralności i całkowity brak wiary w związki przyczynowo-skutkowe. Chciałam opisać słodko-gorzkie relacje między dziećmi, które nienawidzą samych siebie, ale potrafią się nawzajem szaleńczo kochać i idealizować. Myślałam, że ciekawie będzie pokazać naćpanego grzybami trzynastolatka, który od dwóch dni nic nie jadł, ale może być traktowany, jak kluczowa postać w historii ludzkości, jakiś Truman Capote.
Chciałam uchwycić zabawne, ale też mdlące uczucie, jakie ma malec, gdy wdrapuje się na coś, a potem z tego spada. Dla dziecka upadek jest zawsze dłuższy.
Wczesna twórczość w czarnym zeszycie
Kiedy miałam osiem lat, wujek podarował mi czarny zeszyt z białymi kartkami, żebym w nim pisała. Robiłam to obsesyjnie. Od tej pory zawsze coś bazgrałam w notesach i szkicownikach. Cudownie byłoby je teraz mieć, ale mój ojciec wyrzucał zeszyty od razu po tym, jak je zapisałam. Dla niego były bezużyteczne.
Pamiętam, że w podstawówce postanowiłam zostać pisarką. Miałam nauczyciela, który uwielbiał moje historie, dużo publikowałam w piśmie dla montrealskich szkół. Dla mojej kompletnie zaburzonej rodziny pisarstwo było równie dziwacznym i nieosiągalnym zajęciem jak praca w banku na pełen etat. Nigdy nie przestrzegli mnie przed byciem artystką. Uważali, że jest to ciut lepsze niż zostanie dilerką narkotyków.
Najważniejsze lektury
O ile moi rodzice nie kłamią, zaczęłam czytać w wieku trzech albo czterech lat. Pamiętam, jak czytałam sobie bajki, od których aż bolał mnie brzuch: wydawały się tak szokująco prawdziwe. Zakopałam “Śpiącą Królewnę” w ogródku, bo tak mnie przerażała. Kiedyś wsadziłam wyjątkowo straszną książkę o zwierzętach z bagien do wanny i napuściłam wody. Miałam masę kłopotów, była z biblioteki.
Jako dziecko uwielbiałam indiańskie mity, książki o wymarłych gatunkach i “Anię z Zielonego Wzgórza”. Zawsze dużo czytałam, mimo że nie robił tego nikt z mojego otoczenia. To jedyne wytłumaczenie, dlaczego miałam choć trochę rozumu. Książki pomogły mi stworzyć złudzenie, że jestem cudownym źródłem wspaniałych historii.
Kiedy miałam dwanaście lat, znalazłam w szkolnej bibliotece zbiór sztuk Harolda Pintera. Podobało mi się jego zdjęcie na okładce. Ukradłam książkę, bo bałam się że bibliotekarka nie będzie chciała mi jej wypożyczyć. Z jakiegoś powodu uważałam, że była czymś w rodzaju pornografii. Jego sztuki śmiertelnie mnie przestraszyły. Przyprawiały mnie o gęsią skórkę, nie mogłam zrozumieć, o co właściwie w nich chodzi, ale poczułam się mądrzejsza. Przerzuciłam się na Sama Sheparda i Eugene Ionesco. To właśnie oni podsunęli mi ideę, która zmieniła moje życie: buntownicy i outsiderzy mogą być olśniewający.
Wstrząsnęły mną “Malowany ptak” Jerzego Kosińskiego, “Dzieciństwo” Maksyma Gorkiego, “Duży zeszyt” Agoty Kristof. Uwielbiałam poetyckie opowieści o strasznym dzieciństwie. Cieszyłam się wtedy, że żyję. Dzięki zamiłowaniu do takich rzeczy byłam zachwycona, że jestem biedna i poniewierana: czułam się niewiarygodną szczęściarą. Pewnie trochę to pokrętne, ale pozwoliło mi przetrwać.
Naprawdę podobał mi się “Rok 1984” – marzyłam, by też żyć w faszystowskim reżimie. “Zwierzenia klowna” Heinricha Bölla czytałam tuzin razy. Zaniedbanie, samotność i artystyczna dusza: uważałam, że to takie piękne i słodkie. Poprzysięgłam sobie, że też kiedyś będę należała do depresyjnej cyganerii.
Praca
Kiedy byłam dzieckiem, razem z siostrami sprzedawałam kwiaty na rogu ulicy. Spróbowałam pracować na budowie, ale pierwszego dnia zemdlałam trzy czy cztery razy od stania na słońcu. Nigdy nie byłam dobra w utrzymywaniu stałej pracy, więc tuż po dwudziestce zaczęłam się starać, by z pisania zrobić zawód.
Dziwne bodźce
Zawsze wycinam ilustracje z pism i przypinam je pinezką do ściany. Niektóre obrazy sprawiają, że od razu mam ochotę pisać. Uwielbiam zdjęcia podejrzanie wyglądających dzieci. Lubię patrzeć na dwunastolatków w podartych spodniach od dresu i T-shirtach z jeleniami. Kiedy trzymają pistolet albo wyprowadzają psa w środku nocy, mają w sobie coś, co sprawia, że natychmiast muszę siąść do pisania. Przypominają mi ten stan: łaski i doskonałości.
Na dźwięk naprawdę świetnej piosenki chcę wszystko rzucić i pisać. (Zawsze podobała mi się muzyka typu “zrób to sam”, taka jak Cat Power, Kills, White Stripes i Velvet Underground.) Takie same uczucie wywołuje u mnie sztuka. Kiedy coś pięknego zrobi na mnie wrażenie, mam głód pisania, podobny do nikotynowego.
Do pisania nastrajają mnie też rudery. Mój tata, siostry i ja mieliśmy maleńkie, zapuszczone mieszkanko, gdzie moja matka, zanim odeszła, namalowała na ścianach małpy i łabędzie. Ojciec zwykle mawiał, że gdyby go nie porzuciła, bylibyśmy milionerami. Uważał, że mogłaby rysować koty na kamieniach, on sprzedawałby je turystom i tak zbiliby fortunę. Jej ucieczka uniemożliwiła zrealizowanie tego planu.
Zawsze kiedy jestem w ponurej dzielnicy o złej reputacji, czuję się swobodna i szczęśliwa. Przypominają mi się nocne nasiadówki w starych mieszkaniach, kiedy mój tata próbował dojść, dlaczego właściwie nie jesteśmy sławni i bogaci. Smutek i strata to dla mnie czasem furtka do poczucia bezpieczeństwa i nostalgii.
Wyższe studia
Ludzie często dziwią się, że studiowałam – przecież pochodzę z niższej klasy i piszę o tym, o czym piszę. Kiedy skończyłam szkołę średnią, dostałam nieduże stypendium. Z biografii pisarzy wiedziałam, że większość z nich skończyła uniwersytety, więc postanowiłam zrobić to samo. Czesne wynosiło wtedy około 400 dolarów za semestr. Każdy mógł sobie na to pozwolić. Przyjęli mnie na Uniwersytet McGill, najlepszy w Kanadzie. Okazał się instytucją stworzoną, by oderwać studentów od rzeczywistości. Profesorowie prowadzili wykłady o własnej błyskotliwości i śmiali się ze swoich żartów. Dobry program, jeśli ktoś chciał zostać szalonym naukowcem albo salonowym mądralą. Może na to nie wyglądam, ale zawsze dobrze się uczyłam. Po prostu bardzo to lubiłam.
Skończyłam studia po 2 latach, tuż po dwudziestce – całe szczęście, bo nie zniosłabym dłużej tej niewiarygodnej biedy. Mój przyjaciel pracował w restauracji: mogłam jeść za darmo u niego albo w jadłodajni dla ubogich. Mieszkałam z szóstką przyjaciół na ulicy St. Denis. Na moją część czynszu – 40 dolarów miesięcznie – zarabiałam, ucząc co niedziela francuskiej gramatyki i biorąc ludzi na litość. Absolutnie nie uważam, żeby uniwersytet uczynił ze mnie lepszą pisarkę. Zauważyłam jednak, że im większą masz wiedzę, tym szczęśliwszą jesteś osobą.
Liczenie myszołowów i inne rozrywki
Lubię zbierać rzeczy. Kocham sklepy z bzdetami, złe muzea i sklepy dla fanów sf. Zbieram dziwnie wyglądające lalki i figurki. Moja córka też jest zbieraczką. Zbiera muszelki i kamienie. Wkleja do albumów liście i ptasie piórka, a potem umieszcza pod nimi pseudonaukowe notatki. Kolekcjonuje też różne wydania książek o Sherlocku Holmesie. Zbieractwo pomaga mi zapomnieć o kłopotach; utwierdza w przekonaniu, że mogę zmienić porządek wszechświata, kawałek po kawałeczku. Może to genetyczne. Mój tata ma niewiarygodną kolekcję różnej wielkości słoików, w każdym z nich znajdują się jakieś małe przedmioty. Ma słoik z gałkami od drzwi, agrafkami i z plastikowymi zwierzętami. To naprawdę piękne – na swój paskudny sposób. Jeśli otworzy się odpowiedni słoik, pewnie będzie można usłyszeć, jak śpiewałam będąc dzieckiem.
Lubię rysować kredkami w ołówku. Ludzie w mojej rodzinie mają dryg do rysowania. Przez cały miesiąc rysuję ten sam przedmiot. Ostatnio z moją córką narysowałyśmy z pięćset parasolek.
Lubię liczyć myszołowy i kruki. Jeśli jednego dnia wiele razy widzę tę samą liczbę tych ptaków, wierzę, że wszechświat mi sprzyja.
Kolejną rzeczą, na której punkcie mam fioła, jest animacja poklatkowa. Jan Švankmajer i Bracia Quay to moi ulubieni filmowcy. Szczególnie poruszają mnie głosy w filmach z dubbingiem: zawsze brzmią, jak dzieci udające dorosłych. Kiedy byłam dzieckiem, próbowałam podawać się za dorosłą. Co za ironia, teraz jestem kobietą, która próbuje pisać głosem dziecka.
tłum. Ingeborga Janikowska-Lipszyc
